Otwierasz Netflixa, żeby zabić dziesięć minut, i kciuk zastyga.
To samo czerwone miniaturkowe zdjęcie. Ten sam zadowolony z siebie tytuł. Akcyjny hit, który internet uwielbia ciągnąć po błocie, przerabiać na memy i nazywać „najbardziej przereklamowanym filmem dekady”. I dokładnie tam, pod plakatem, widzisz drobną linijkę, której większość ludzi nigdy nie zauważa: „Usunięcie z Netflix za 4 dni”.
Wahasz się. Żarty już słyszałeś, eseje z „gorącymi take’ami” już przewinąłeś, na przesadę już przewróciłeś oczami. Prawie zamykasz aplikację. A potem dopada cię myśl: a co, jeśli wszyscy się mylą? Co, jeśli ten głośny, rozdęty, za drogi film jednak trafi w czuły punkt, o którym żaden komentarz nie wspomniał?
Pasek postępu czeka. Cztery dni tykają w tle twojego tygodnia. Naciskasz „Odtwórz”, trochę z ciekawości, trochę z przekory.
Pierwszy wybuch pada, zanim zdążysz sięgnąć po telefon.
Etykietka „najbardziej przereklamowany” mówi więcej o nas niż o filmie
Przewiń media społecznościowe, a przysięgniesz, że ten film kogoś osobiście obraził. Te same frazy wracają jak bumerang: „pusta widowiskowość”, „bez duszy”, „czysty algorytm”. Jakby istniał gotowy szablon wściekłości, wklejany pod jeden konkretny tytuł - taki, który i tak ląduje w Top 10 Netflixa częściej, niż ktokolwiek chce przyznać.
A jednak ktoś wciąż ogląda. I to wielu „ktosiów”. To niezręczny szczegół, który najgłośniejsi krytycy po cichu pomijają. Jeśli to naprawdę najbardziej przereklamowany film akcji w historii, to czemu trzyma się rankingów jak gość, który nigdy nie zrozumiał aluzji, że pora wyjść?
Może problem nie polega na tym, że jest przereklamowany. Może chodzi o to, że nie podoba nam się to, co odbija w lustrze.
Spójrz na liczby, a rozdźwięk robi się jeszcze dziwniejszy. Po premierze film siedział na szczycie globalnych rankingów Netflixa dniami, potem tygodniami. Miliardy minut oglądania. Rodziny w tygodniu wieczorem, studenci binge’ujący o 2 w nocy, ludzie uwięzieni w małych mieszkaniach, pozwalający, by dźwięk trząsł tanimi głośnikami.
Krytycy wzruszali ramionami. Wielu mówiło: stylowe, ale puste. Social media zrobiły z tego puentę. Serwisy z ocenami pękły na pół: „meh” od recenzentów i głośna fala czterech i pięciu gwiazdek od zwykłych widzów, którzy po prostu chcieli zobaczyć, jak ktoś skacze z absurdalnie wysokich obiektów w zwolnionym tempie.
To prawie tak, jakby istniały dwa różne filmy. Jeden żyje w kolumnach recenzenckich. Drugi - na ekranach w salonach, lecąc, gdy na stoliku rosną pudełka po jedzeniu na wynos.
Ta luka mówi coś nieprzyjemnego o tym, jak dziś rozmawiamy o „dobrym guście”. Wytresowaliśmy się, żeby czuć winę za przyjemność z filmu, który nie jest dość błyskotliwy, dość ironiczny, dość politycznie „właściwy” albo dość „podniesiony” na piedestał. Powtarzamy internetowy werdykt, bo nie chcemy brzmieć podstawowo. Więc mówimy „przereklamowany”, nawet jeśli po cichu dobrze się bawiliśmy.
A co, jeśli ten rzekomo przereklamowany film akcji po prostu robi robotę, do której ludzie boją się przyznać, że go zatrudnili: wyłączyć mózg, podkręcić puls i zagłuszyć ciężki tydzień strzałami i neonem?
Jak obejrzeć go ponownie w cztery dni i naprawdę zobaczyć, co tam jest
Jeśli chcesz uczciwie ocenić ten film, zanim zniknie z Netflixa, trik polega na tym, by obejrzeć go na jego własnych zasadach. Nie jako Drugie Przyjście Kina. Nie jako ucieleśnienie wszystkiego, co złe w Hollywood. Po prostu jako wielką, bezwstydną przejażdżkę akcji, która może być sprytniejsza na obrzeżach, niż wygląda.
Zacznij od wyciszenia tła. Jeden wieczór, jeden ekran, żadnego drugiego urządzenia w dłoni. Pozwól, by pierwsze 20 minut poleciało bez pauz. Zauważ choreografię, ruch kamery, to, jak miks dźwięku prowadzi twoją uwagę. Zamiast pytać „czy to jest głębokie?”, zapytaj: „czy to działa sprawnie? czy to jest frajda?”.
Nie próbujesz koronować tego na arcydzieło. Po prostu próbujesz spotkać film, który naprawdę istnieje, a nie ten, którego Twitter podszczypuje aluzjami.
Przy ponownym seansie pojawiają się wzory tam, gdzie za pierwszym razem widziałeś tylko chaos. Ta niby-nieważna postać poboczna? Odbija głównego bohatera bardziej, niż myślałeś. Miasto, które akcja demoluje? To nie tylko „generyczne wschodnioeuropejskie tło” albo „anonimowa metropolia”. Są tam wizualne powroty: w graffiti, w szyldach sklepów, nawet w kolorach samochodów.
Jeden widz wyłapie temat starzejących się żołnierzy wypadających z obiegu. Inny poczuje cichą nitkę żałoby ukrytą pod lawiną kul. To nie jest subtelne jak kino artystyczne szeptane na festiwalach, ale jest - jeśli chcesz pogrzebać pod wybuchami.
Na powtórkach często dzieje się coś zabawnego: ulubiona scena się zmienia. Wielka, głośna sekwencja z trailerów robi miejsce krótszemu, cichszemu momentowi - spojrzeniu, kwestii, pauzie, zanim znów wszystko wybuchnie. Wtedy film przestaje próbować imponować oczom, a zaczyna pracować na trzewiach.
Lubimy udawać, że opinie mamy wykute w kamieniu po jednym seansie, jednym weekendzie, jednym cyklu hype’u. Rzeczywistość jest brudniejsza. Filmy zostają w głowie. Kształtuje je twój tydzień, rozstanie, poziom wypalenia, relacja z ojcem. Zobacz tę samą historię z odrobinę innego miejsca w życiu, a wszystko się przechyla.
Dlaczego kochamy nienawidzić tego, co oglądają wszyscy
W krytykowaniu popularnych rzeczy jest społeczna waluta. Stwierdzenie: „to najbardziej przereklamowany film akcji w historii” od razu stawia cię na wyższej półce niż masy. Nie jesteś już tylko widzem - jesteś kuratorem. Mówisz: „wiem lepiej, nie nabiorę się”.
To kuszące. I leniwe. Słowo „przereklamowany” robi za nas podstępną robotę: pozwala uciec od niuansu. Zamiast pytać, co działa, co działa tak sobie, co nie działa, ale jest ciekawie popsute, przybijamy wielką czerwoną pieczątkę i odchodzimy z poczuciem sprytu.
W sieci ta pieczątka rozchodzi się błyskawicznie. Sarkastyczne cytaty stają się screenami. Screeny stają się memami. Memy stają się jedyną wersją filmu, jaką wiele osób kiedykolwiek zobaczy.
Głębiej rzecz biorąc, nazywanie filmu przereklamowanym często mniej mówi o filmie, a bardziej o zmęczeniu. Jesteśmy zmęczeni tym, że ktoś nam mówi, co oglądać. Zmęczeni autoplayem trailerów krzyczących na nas. Zmęczeni miniaturami, które wrzeszczą caps lockiem, że TO JEST FILM ROKU. Więc odpychamy to jedynym sposobem, jaki mamy: odrzucamy rzecz na widok.
Ironia jest brutalna. Im bardziej algorytm pcha tytuł, tym bardziej go nie znosimy - i tym mniej potrafimy doświadczyć go jak normalny człowiek. Nie oglądamy już tylko filmu. Siłujemy się z budżetami marketingu, polityką platform, zmęczeniem dyskursem i własną potrzebą, żeby nie wyjść na owcę.
Więc kiedy Netflix mówi ci, że ten wyśmiewany blockbuster znika za cztery dni, nie decydujesz tylko, czy wcisnąć „play”. Decydujesz, czy na dwie godziny wyjść poza echo komory hot take’ów i zaufać własnym oczom. Bądźmy szczerzy: mało kto robi to naprawdę na co dzień.
Jak oglądać na przekór algorytmowi - i mieć z tego frajdę
Jest prosty sposób, żeby w najbliższe cztery dni przeciąć hałas: potraktuj ten film jak mały, prywatny seans, a nie jak pracę domową zadaną przez internet. Wybierz wieczór. Wybierz nastrój. Dobierz przekąski jakbyś znów miał piętnaście lat. Powiedz sobie, że wolno ci go lubić, nienawidzić albo wylądować niezręcznie pośrodku.
Jeśli możesz, obejrzyj z jedną lub dwiema osobami, z którymi nie podzielasz w pełni gustu. Rodzeństwo, które kocha wielkie, głupie blockbustery. Znajomy, który czyta napisy i narzeka na trzęsącą się kamerę. Tarcie między waszymi reakcjami pokaże ci więcej niż jakakolwiek recenzja. Zrób jedną pauzę w połowie - nie po to, żeby scrollować, tylko żeby zapytać: „Dobra, co tu działa dla ciebie? Co nie działa?”.
Ten mały rytuał przesuwa film z „kontentu” w „doświadczenie”. Algorytm tego nie znosi. Ty możesz to pokochać.
Jedna rzecz do ominięcia przez te cztery dni: królicza nora opinii przed seansem. Nie czytaj ponownie rantów. Nie otwieraj kolejnego eseju „Dlaczego X tak naprawdę ssie” tuż przed wciśnięciem „play”. Mózg spędzi cały metraż, zbierając dowody na cudzy argument.
Wejdź możliwie na czysto. Potem, jasne, porównaj notatki z publicznym werdyktem. Jeśli nadal uważasz, że to dziko przereklamowane - przynajmniej teraz to twoja decyzja, a nie odruch pożyczony z osi czasu. A jeśli bawiłeś się lepiej, niż „powinieneś”, posiedź z tym. Niech to podważy twoje wyobrażenie o tym, co liczy się jako dobry gust.
Prawda jest taka, że granica między „guilty pleasure” a „sekretnym arcydziełem” jest cienka i chwiejna. Większość filmów siedzi w nieglamourznym środku. Tam jest życie. Nie każdy film akcji musi wymyślać kino na nowo, żeby zasłużyć na miejsce w twojej nocnej rutynie.
„Najfajniejsze, co możesz zrobić jako widz, to nie być ‘ponad’ hype’em. Tylko być na tyle ciekawym, żeby go sprawdzić, i na tyle uczciwym, żeby przyznać, kiedy się myliłeś.”
Więc gdy odliczanie do „Usunięcie z Netflix” tyka pod tym niesławnym tytułem, możesz albo pozwolić algorytmowi cicho zdjąć go z półki, albo wejść w małą, buntowniczą radość wyrabiania własnego zdania.
- Obejrzyj raz bez rozpraszaczy, raz z komentarzem znajomego.
- Zauważ jedną scenę, którą naprawdę pokochałeś, i jedną, która kompletnie cię zgubiła.
- Napisz dwu-zdaniową recenzję tylko dla siebie, nie dla internetu.
Cztery dni, jeden film i dziwna wolność zmiany zdania
Etykietka „zostały 4 dni” to coś więcej niż informacja programowa. To dziwny timer na twoją relację z kawałkiem popkultury, który pewnie już oceniłeś, nie oglądając porządnie. Może leciał w tle, gdy odpisywałeś na maile. Może w ogóle nie wcisnąłeś „play”, tylko wchłonąłeś cudze opinie.
Jest coś cicho radykalnego w daniu „przereklamowanemu” filmowi drugiej szansy. To nie znaczy wybaczać mu wady ani nagle udawać, że to poezja kina studyjnego. To znaczy zaakceptować, że twój gust ma prawo być brudny, niespójny, nawet niecool. To znaczy przyznać, że radość nie zawsze zgadza się z krytycznym konsensusem.
Na małym ekranie, późno w nocy, ten rzekomo rozdęty, płytki blockbuster może zamienić się w coś zaskakująco intymnego: przypomnienie, że kultura jest osobista. Że wolno ci dać się poruszyć kaskaderskim numerem, fragmentem muzyki, głupim one-linerem, który siada mocniej, niż ma jakiekolwiek prawo. Że gatekeeping własnej przyjemności to dziwna forma autosabotażu.
Za cztery dni film zniknie z twojego rzędu na Netflixie, połknięty przez niekończącą się karuzelę nowości. Dyskurs przerzuci się na kolejną przeszacowaną rzecz. Zostanie cicha wiedza, że przyszedłeś, obejrzałeś sam dla siebie i może znalazłeś scenę lub dwie, które zapamiętasz długo po tym, jak zmienią się miniatury.
Tego nie da się wyprodukować algorytmem, ocenić krytykiem ani dobić memem.
| Kluczowy punkt | Szczegół | Korzyść dla czytelnika |
|---|---|---|
| Obejrzeć ponownie zamiast podążać za szumem | Obejrzeć film raz na serio, bez multitaskingu | Odzyskać własny osąd, z dala od hałasu online |
| Podważyć słowo „przereklamowany” | Zrozumieć, że ta etykieta upraszcza i spłaszcza niuanse | Odważyć się lubić albo nie lubić filmu z prawdziwych powodów |
| Zamienić oglądanie w doświadczenie | Zaprosić bliskich, porównać odczucia, pogadać | Przeżyć film jako wspólny moment, nie jako „kontent” |
FAQ:
- Czy ten „przereklamowany” film akcji z Netflixa naprawdę jest wart mojego czasu?
Może być, ale nie w sposób, jaki obiecywał marketing. Jeśli potraktujesz go jak głośną, stylową odskocznię, a nie jako zmieniające życie arcydzieło, możesz mieć z tego całkiem dobry wieczór.- A jeśli już to oglądałem i nienawidziłem?
Masz prawo nadal tego nie znosić. Drugi seans nie polega na zmuszaniu się do sympatii - chodzi o sprawdzenie, czy pierwsza reakcja była twoja, czy pochodziła z internetowego szumu dookoła.- Jak wyłapać dobre momenty w chaotycznym blockbusterze?
Zwracaj uwagę na drobiazgi: kaskaderski numer bez oczywistego CGI, choreografię, która płynie, kwestię, która trafia zbyt szczerze. Te fragmenty często niosą więcej serca niż wielkie set piece’y.- Dlaczego Netflix wciąż promuje filmy, o których ludzie mówią, że są złe?
Bo ludzie w nie klikają. Wskaźniki „dokończeń”, powtórek i przypadkowego oglądania często opowiadają inną historię niż wściekłe sekcje komentarzy.- Co powinienem zrobić, zanim film zniknie z Netflixa?
Wybierz jeden wieczór, obejrzyj z intencją, a potem zapisz (albo nagraj głosowo) swoje nieocenzurowane myśli. Możesz potwierdzić etykietę „przereklamowany” - albo po cichu udowodnić wszystkim, że się mylili, przynajmniej w twoim przypadku.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!
Zostaw komentarz