Przejdź do treści

To było poruszające doświadczenie: lekcja filozofii w paryskiej szkole, która zmienia sposób myślenia.

Siedem osób dyskutuje przy stole w otwartym biurze z notatkami, klepsydrą i stosem książek.

Dzwonek rozbrzmiewa w wąskim korytarzu publicznego liceum we wschodnim Paryżu.

Plecaki uderzają o metalowe szafki, trampki stukają na kafelkach, ktoś śmieje się odrobinę za głośno, żeby ukryć zmęczenie. Na trzecim piętrze, w sali pachnącej markerami do tablicy i tanią kawą, zaraz zacznie się lekcja filozofii.

Nauczyciel zapisuje na tablicy tylko jedno zdanie: „Co to znaczy żyć dobrym życiem?”. Bez dat. Bez punktów. Tylko to pytanie - nagie i niemal brutalne o ósmej rano. Dziewczyna w dżinsowej kurtce marszczy brwi. Chłopak z tyłu, z kapturem na głowie, przestaje scrollować telefon. Przez kilka sekund nikt się nie odzywa.

Potem zaczyna się wstrząs.

Dzień, w którym lekcja filozofii przestała przypominać szkołę

Kiedy ci uczniowie po raz pierwszy wchodzą na lekcję filozofii do pana Martina, spodziewają się czegoś nudnego. Nazwisk martwych facetów. Grubych książek. Listy do wykucia na egzamin. Zamiast tego dostają ciszę tak intensywną, że wydaje się, jakby sala wstrzymała oddech.

Pan Martin nie sprawdza od razu listy obecności. Patrzy na nich po kolei i po prostu powtarza pytanie na głos: „Co to znaczy żyć dobrym życiem?”. Siada na rogu biurka, nie za nim. Kilka par oczu się rozszerza. Zwykłe role w klasie - klaun, niewidzialny cichy, zawsze-mający-rację - chwieją się, choćby minimalnie.

Wtedy dziewczyna, Léa, mówi: „Nie bać się cały czas”. Ktoś obok kiwa głową. Ktoś inny dodaje: „Mieć pieniądze”. Chłopak mówi: „Robić coś, co ma znaczenie”. Marker piszczy, gdy pan Martin zapisuje ich słowa na tablicy dokładnie tak, jak je wypowiedzieli. Bez poprawiania. Bez oceniania. Do sali wchodzi coś nieznanego: traktują ich poważnie.

Dla tej grupy 17-latków ta pierwsza godzina uderza jak emocjonalny wstrząs.

W szary listopadowy wtorek przemiana staje się widoczna. Klasa mierzy się z ogromnym pytaniem: „Czy naprawdę jesteśmy wolni?”. Deszcz stuka w szyby. Dwoje uczniów wpada spóźnionych, ociekających wodą, i wślizguje się na miejsca, gotowych zniknąć. Nie znikają.

Pan Martin pyta ich: „Czy wybraliście to, że się spóźniliście?”. Klasa się śmieje, ale pytanie zostaje. Jeden ze spóźnialskich, Yassine, wzrusza ramionami: „Metro stanęło”. Nauczyciel delikatnie dociska: „Czyli nie mieliście żadnego wyboru?”.

To, co następuje, nie jest teoretyczną debatą. To kaskada konkretnych historii. Praca narzucona przez rodzica. Presja, by wybrać „użyteczny” kierunek studiów. Strach przed zawiedzeniem rodziny, która poświęciła wszystko, żeby przeprowadzić się do Francji. W tej sali wolna wola nie jest abstrakcją. To uczucie, które pojawia się, gdy podpisujesz formularz, którego tak naprawdę nie chcesz podpisywać.

Tego dnia cicha dziewczyna z drugiego rzędu, Anaïs, nagle mówi: „Jeśli nie potrafię powiedzieć mamie «nie», to czy jestem wolna?”. W klasie zapada cisza. Przez kilka sekund to już nie jest szkoła. To życie - surowe i odsłonięte - we wtorkowy poranek.

To, co dzieje się w tej paryskiej klasie, z korytarza wygląda niemal zwyczajnie. Nauczyciel, tablica, nastolatki na plastikowych krzesłach. Bez nowinek technologicznych, bez specjalnego programu, bez atmosfery TED Talka. A jednak rozgrywa się coś rzadkiego: młodzi ludzie uczą się - być może po raz pierwszy - obserwować swoje myśli w ruchu.

Pan Martin nie podaje gotowych odpowiedzi. Nazywa ich zamęt. Kiedy Léa mówi: „Wszyscy tak myślą”, dopisuje na tablicy „opinia”. Kiedy Yassine wypala: „Ale nie jesteśmy robotami”, nauczyciel opowiada o Kartezjuszu i świadomości. Teoria przychodzi po doświadczeniu - jak narzędzie podane w odpowiedniej chwili, a nie ciężar zrzucony na głowę.

Powoli uczniowie odkrywają, że filozofia nie jest muzeum idei. To skrzynka z narzędziami, którą można zabrać do kłótni z rodzicami, do nocnych wątpliwości, do kruchych planów na przyszłość. Ich wypracowania stają się mniej mechaniczne. Ich pytania - bardziej niepokojące. Przedmiot, którego się bali, staje się lustrem, a czasem odbicie boli.

Od środka: jak lekcja filozofii staje się siłownią dla umysłu

Sekret pana Martina nie polega na magicznej charyzmie ani rewolucyjnym programie. Zaczyna się od bardzo prostego ruchu: każda lekcja otwiera się pytaniem, które gryzie. Nie „Zdefiniuj egzystencjalizm w trzech punktach”. Tylko: „Czy kłamstwo zawsze jest złe?” albo „Czy można kogoś kochać i mimo to odejść?”.

Daje im dwie minuty absolutnej ciszy, żeby napisali - tylko dla siebie. Bez oceny. Bez stopnia. Pierwszą reakcją często jest panika, potem ulga. Bez presji, żeby brzmieć mądrze, piszą to, co naprawdę myślą. Dopiero wtedy pyta: „Kto chce się czymś podzielić?”. Ręce unoszą się łatwiej, bo myśl już istnieje na papierze.

Ten drobny rytuał zmienia salę w coś w rodzaju siłowni dla umysłu. Najpierw rozgrzewka w samotności, konfrontacja z własnymi słowami, a potem wejście na wspólną arenę. Pytanie nie wisi w powietrzu. Najpierw przechodzi przez każdego ucznia - jak prąd.

Gdy rozmawia się z klasą po kilku miesiącach, opisują zmiany, które nie mieszczą się w szkolnej rubryce. Jeden chłopak mówi, że „teraz lepiej kłóci się w domu”. Inny przyznaje, że skasował trzy wściekłe wiadomości, zanim wysłał spokojniejszą do kolegi. Dziewczyna tłumaczy, że przestała odruchowo mówić „nie wiem” - i że na początku ją to przestraszyło.

W środowy poranek pracują nad pojęciem sprawiedliwości. Zamiast zaczynać od Platona czy Rawlsa, pan Martin przynosi wydrukowane nagłówki o niedawnym procesie, który wstrząsnął Francją. Uczniowie czytają w ciszy, potem wybierają stronę, a następnie czują, jak ta strona kruszy się pod ciężarem innych argumentów.

W ich dyskusjach nie ma idealnych bohaterów ani absolutnych czarnych charakterów. Są ludzie podejmujący wybory, które z daleka wydają się oczywiste, a z bliska - chaotyczne. Różnica polega na tym, że teraz uczniowie mają słowa takie jak „legitymizacja”, „prawa”, „obowiązek”, by opisać swój dyskomfort. Nie zgadzają się bardziej. Nie zgadzają się lepiej.

Za kulisami metoda jest niemal rozbrajająco prosta. Trzy warstwy - zawsze te same. Najpierw doświadczenie: przeżyta sytuacja, osobisty przykład, historia. Potem problem: jakie pytanie jest ukryte w tej historii, które może dotyczyć także innych? Na końcu koncept: jaka wielka idea albo filozof pomaga oświetlić to pytanie z innej strony?

Kolejność nigdy się nie zmienia. Na tym polega trik. Jeśli zacznie od konceptu, spojrzenia matowieją. Jeśli zacznie od problemu, połowa klasy utknie w abstrakcji. Dlatego zawsze wchodzi drzwiami prawdziwego życia. Kłótnia między przyjaciółmi. Wiralowe wideo. Zasada w szkole, której wszyscy nienawidzą. Stamtąd droga do Kanta czy Simone de Beauvoir jest mniej stroma, mniej „święta”.

Filozofia nie jest tu występem. Jest praktyką - jak rozciąganie mięśnia, który zawsze istniał, ale rzadko był używany.

Czego ta paryska klasa po cichu uczy o myśleniu w prawdziwym życiu

W podejściu pana Martina jest coś, co każdy może „ukraść”, nawet daleko od tablicy. To drobna dyscyplina: zatrzymaj się przed reakcją, nazwij pytanie stojące za emocją, a potem znajdź słowo - tylko jedno - które doprecyzuje, o co naprawdę chodzi.

Uczeń mówi do kolegi: „Zdradziłeś mnie”. Na lekcji zamienia się to w: „Czym jest lojalność?”. Nastolatek mamrocze: „Życie jest niesprawiedliwe”. Nauczyciel słyszy: „Co rozumiemy przez sprawiedliwość?”. Ten nawyk tłumaczenia surowych reakcji na pytania tworzy cienki dystans. Nie chłodną obojętność. Po prostu tyle powietrza, by myśleć zamiast wybuchać.

W domu niektórzy zaczynają robić to bezwiednie. Zanim wrzucą relację z czystej złośliwości. Zanim powiedzą „tak” czemuś, czego się boją. W myślach testują pytanie: „Czego ja się naprawdę boję?”. Odpowiedzi często ich zaskakują. To tam czasem zaczyna się zmiana - cicho, na marginesie zeszytu albo w tych kilku sekundach przed wysłaniem wiadomości.

Prawda jest taka: większość dorosłych nigdy nie stosuje w codziennym życiu takiej refleksyjnej pauzy. Reagujemy. Usprawiedliwiamy się. Idziemy dalej. Nastolatki nie są inne. Są tylko szybsze i bardziej wystawione na widok publiczny. Media społecznościowe, oceny, rodzice, oczekiwania - wszystko pcha ich do natychmiastowej odpowiedzi, do posiadania „opinii” na wszystko, teraz.

W tej paryskiej klasie nagle wolno nie mieć odpowiedzi. Powiedzenie „jeszcze nie wiem” nie jest porażką - jest punktem wyjścia. Kiedy to staje się normalne, atmosfera się zmienia. Dumni się rozluźniają. Lękliwi oddychają. Klasa staje się miejscem, gdzie można przetestować myśl i sprawdzić, czy się trzyma - jakby sprawdzać most, zanim się po nim przejdzie.

Jeden chłopak przyznaje w wypracowaniu, że na początku nienawidził filozofii, bo „od niej boli mózg”. Po czym dodaje: „Ale przynajmniej teraz wiem, dlaczego nie zgadzam się z ojcem, a nie tylko, że się nie zgadzam”. Dla pana Martina to zdanie jest warte każdej oceny.

„Egzamin będzie trwał cztery godziny” - mówi im pan Martin. - „Wasze życie - dużo dłużej. Nie szkolę was pod test. Szkolę was na dzień, kiedy będziecie sami z dużą decyzją i bez dorosłego, którego można obwinić.”

Uczniowie przewracają oczami, kiedy mówi takie rzeczy. W końcu są nastolatkami. A jednak pamiętają te frazy, gdy są już poza klasą, daleko od Rue de la Réunion czy Boulevard Voltaire, i stają przed wyborami, do których nie ma klucza odpowiedzi.

  • Zadaj jedno prawdziwe pytanie, zanim wyrazisz opinię - nawet w SMS-ie.
  • Zacznij od konkretnej historii, a potem spróbuj zobaczyć ukrytą w niej ideę.
  • Zaakceptuj, że zamęt nie jest błędem w myśleniu - jest jego początkiem.

W deszczowe grudniowe popołudnie, gdy niebo nad Paryżem robi się stalowo-niebieskie, lekcja filozofii przeciąga się chwilę po dzwonku. Nikt nie pędzi do drzwi. Utknęli na ostatnim pytaniu: „Czy możemy zmienić to, kim jesteśmy?”. Tablica jest pełna przekreślonych słów, kółek, strzałek. Sala wygląda jak mapa ich wahań.

Kiedy prosta klasa staje się małym laboratorium przyszłości

Miesiące później, wychodząc z sali egzaminacyjnej, część tych uczniów ledwie będzie pamiętać nazwiska filozofów. Taka jest rzeczywistość. Daty bledną. Definicje się rozmazują. Życie przyspiesza. A jednak, gdy rozmawia się z nimi ponownie, zostaje coś innego - coś trudniejszego do zmierzenia.

Wspominają szczególną ciszę - tę, która zapadła, gdy Anaïs zapytała, czy miłość bez wolności cokolwiek znaczy. Przypominają sobie dyskusję, w której zaskoczyli samych siebie słowami: „Chwila, co my właściwie rozumiemy przez «normalne»?”. Śmieją się ze swoich pierwszych wypracowań, pełnych klisz, i z tego, jak dziwnie było w końcu napisać to, co myślą, a nie to, co - ich zdaniem - chciał przeczytać nauczyciel.

Jedno z nich pracuje teraz w piekarni. Inne studiuje prawo. Trzecie wciąż się waha - między szkołą artystyczną a pielęgniarstwem. Nie wszyscy zostają filozofami. Nie wszyscy dostają najwyższe oceny. Ale każdy niesie ze sobą drobną umiejętność, której nie widać na dyplomach: odruch, by zakwestionować gotowe zdanie, zanim połknie się je w całości.

Niektóre wieczory: wyskakuje alert z wiadomościami, kolega udostępnia teorię spiskową, polityk mówi wielkimi słowami o bardzo mglistych zagrożeniach - i ten odruch się budzi. „Kto na tym zyskuje?” „Co zostaje przemilczane?” „Co tu naprawdę znaczy «bezpieczeństwo»?”. Te pytania są niewidzialną kontynuacją tej paryskiej klasy, rozciągniętą na dorosłość.

Każdy z nas miał moment, gdy jedno zdanie nauczyciela, rodzica albo nawet obcej osoby wraca po latach i przestawia sposób patrzenia na świat. Dla części tych byłych uczniów lekcja filozofii była właśnie tym: opóźnionym wstrząsem. Nie fajerwerkami po ukończeniu szkoły, lecz cichą poświatą, gdy życie się komplikuje i człowiek odkrywa, że nie jest całkiem bezbronny.

Jest w tym wszystkim coś poruszającego - w tej skromności. Żadnych wielkich przemów o „zmienianiu świata”. Tylko seria poranków w zużytej sali, z pękniętym oknem i skrzypiącym krzesłem, gdzie grupa nastolatków trenowała swoje umysły, by nie zasypiały. Nie zawsze. Nie idealnie. Ale bardziej niż wcześniej.

Gdzieś w Paryżu, w tym tygodniu, kolejna grupa siada w tej samej sali. Na tablicy pojawia się nowe zdanie. Zapada nowa cisza. I gdzieś w tej ciszy przyszła kłótnia, rozstanie, wybór polityczny, życiowa decyzja - już przygotowują się, by zostać przeżyte inaczej.

Kluczowy punkt Szczegół Korzyść dla czytelnika
Pytania, które wytrącają z rutyny Każda lekcja zaczyna się od konkretnego pytania związanego z życiem uczniów Daje pomysły, jak odmienić własne rozmowy i spotkania
Od doświadczenia do pojęcia Zaczyna się od przeżytych historii, by dojść do pojęć filozoficznych Pokazuje, jak uczynić każdy abstrakcyjny temat bardziej przystępnym
Refleksyjna pauza Rytuał cichego pisania przed każdą wymianą ustną Proponuje prostą metodę, by lepiej myśleć, zanim się zareaguje

FAQ:

  • Czy taki rodzaj lekcji filozofii jest powszechny we francuskich szkołach? Niekoniecznie. Wszyscy francuscy maturzyści mają filozofię, ale poziom otwartości i dyskusji bardzo się różni w zależności od nauczyciela i szkoły.
  • Czy uczniowie nadal przygotowują się do egzaminu końcowego przy takim podejściu? Tak. Uczą się autorów i pojęć, ale zawsze zaczynając od prawdziwych pytań i konkretnych sytuacji, co często pomaga im pisać lepsze wypracowania w dniu egzaminu.
  • Czy ta metoda może działać poza klasą? Może. Zaczęcie od mocnego pytania, krótka pauza na pisanie, a potem rozmowa sprawdzają się w rodzinach, w pracy i w grupach społecznych.
  • Czy wszyscy uczniowie reagują pozytywnie na taki sposób nauczania? Nie wszyscy. Niektórzy się opierają, niektórzy się nudzą, niektórzy mają zbyt dużo trudnych spraw poza szkołą. Mimo to wielu z czasem angażuje się bardziej niż na lekcji opartej wyłącznie na wykładzie.
  • Jak rodzic może wspierać taki refleksyjny sposób myślenia w domu? Zadając szczere pytania zamiast od razu udzielać rad, słuchając odpowiedzi i akceptując „jeszcze nie wiem” jako sensowny punkt startu.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz