Przejdź do treści

To dobrze, że Chiny produkują w Europie, ale większość miejsc pracy trafia do Chińczyków, a nie Europejczyków.

Pracownik w kasku i kamizelce odblaskowej trzyma dokumenty, podczas gdy inni pracownicy w kombinezonach wchodzą na teren.

C’est exactement ce qui dzieje się wszędzie w Europie - od Węgier po północ Francji - wraz z wejściem chińskich gigantów. Przecina się wstęgi, przemówienia są ciepłe, burmistrzowie pozują do kamer. Mówi się o miejscach pracy, odrodzeniu przemysłu, „win-win”. Na papierze wszyscy powinni wygrywać.

Ale gdy tylko odejdzie się od mikrofonu, szepty zmieniają ton. W niektórych lśniących nowością zakładach poranne autobusy nie wysypują wyłącznie lokalnych pracowników. W szatniach, na liniach produkcyjnych i w tymczasowych kwaterach obok fabryk słychać mandaryński. Obietnica pracy dla Europejczyków nagle zaczyna brzmieć nieco pusto.

W tle wyłania się niewygodna rzeczywistość. Tak, Chiny produkują dziś w Europie. Tak, inwestycje są ogromne. Ale kluczowa część nowo tworzonych miejsc pracy… nie trafia do Europejczyków. Podąża za chińskimi firmami - ich zespołami, menedżerami, inżynierami. I to zmienia wszystko.

Gdy „Made in Europe” wciąż brzmi jak „made in China”

Na skraju szarej drogi w pobliżu Debreczyna na Węgrzech rozciąga się gigantyczna fabryka baterii - jak miasto w mieście. Tablice są po angielsku, węgiersku… i po chińsku. Przy wyjściu czekają trzy identyczne autobusy. Dwa pierwsze są wypełnione pracownikami z regionu. Trzeci przewozi wyłącznie chińskich zatrudnionych - często zakwaterowanych w oddzielnych ośrodkach, z własnymi stołówkami i harmonogramami.

Na parkingu lokalny samorządowiec uśmiecha się do kamer, mówiąc o „thousands of jobs for Hungarians”. W praktyce duża część stanowisk technicznych, liderów zmian, specjalistów ds. jakości obsadzona jest przez zespoły przywiezione bezpośrednio z Chin. Kierownictwo tłumaczy, że to tymczasowe - na czas „transferu know-how”. Wielu na miejscu czuje jednak, że ta „tymczasowość” może potrwać znacznie dłużej, niż zapowiadano.

Ten schemat nie ogranicza się do Węgier. Widać go także w fabryce pojazdów elektrycznych we wschodnich Niemczech, w strefie przemysłowej w Hiszpanii czy w pobliżu portów w Grecji. Logika jest niemal zawsze taka sama: chińskie firmy wchodzą ze swoimi standardami, swoją kulturą i często także z własną kluczową kadrą. Z zewnątrz projekty są europejskie. W środku istotna część wartości pozostaje w rękach importowanych zespołów, trudnych do zastąpienia w krótkim czasie.

Liczby bywają dyskretne, ukryte w długich raportach. Lokalne badania pokazują, że w niektórych chińskich kompleksach przemysłowych w Europie od 20 do 40% najbardziej wykwalifikowanych stanowisk zajmują delegowani pracownicy z Chin. W zawodach nadzorczych lub inżynieryjnych odsetek może być jeszcze wyższy. Umowy z rządami europejskimi eksponują tysiące „utworzonych” miejsc pracy, nie zawsze precyzując, kto konkretnie na tym skorzysta. Za efektownymi ogłoszeniami rysuje się inna linia rzeczywistości - znacznie trudniejsza do sprzedania wyborcom.

U podstaw ten model ma bezlitosną logikę. Dla chińskich grup produkcja w Europie to sposób na ominięcie barier celnych, uspokojenie klientów co do terminów i bycie bliżej rynku. Sprowadzenie własnych zespołów to gwarancja jakości, wdrożenie sprawdzonych metod i ograniczenie ryzyka. W Excelu wszystko się zgadza. W terenie tworzy to jednak rozdźwięk: regiony przyjmują fabryki, dotacje, infrastrukturę… ale część „rdzenia” zatrudnienia - tego, który buduje kompetencje - wymyka im się z rąk.

Ta dystansowość zasila rozlany dyskomfort. Europejscy pracownicy czują się spychani do zadań wykonawczych, podczas gdy ścieżka awansu zdaje się zarezerwowana dla tych, którzy mówią po chińsku albo pochodzą z ekosystemu centrali. Związki zawodowe wskazują na „szarą strefę” społeczną, w której współistnieją europejskie reguły i importowane praktyki. Bądźmy szczerzy: mało kto naprawdę czyta aneksy do umów inwestycyjnych, które opisują dokładny podział stanowisk między ekspatami a lokalnymi. A to właśnie tam rozstrzyga się gra.

Jak Europa może przestać tylko patrzeć zza bramy fabryki

Pierwszy klucz to negocjacje - zanim jeszcze zostanie wylany pierwszy beton. Państwa i regiony mają ogromną dźwignię: pomoc publiczną, dostęp do gruntów, sieci, portów. Nie chodzi o zamykanie drzwi przed chińskimi inwestycjami, lecz o postawienie jasnych zasad: kwoty stanowisk kwalifikowanych dla lokalnych, harmonogram „lokalizacji” kluczowych funkcji, mierzalne cele szkoleniowe.

Prosta metoda - rzadko jednak stosowana konsekwentnie - to powiązanie każdej dotacji z precyzyjnymi wskaźnikami: odsetek lokalnych inżynierów po pięciu latach, liczba menedżerów wyszkolonych na miejscu, proporcja między ekspatami a rekrutacjami w Europie. Takie klauzule czasem istnieją, ale brakuje im przejrzystości i publicznego monitoringu. Tymczasem inwestor, który od początku wie, że kryteria będą kontrolowane i publikowane, dostosuje do nich organizację. Gdy wszystko jest mgliste, pokusa centralizacji wokół importowanego personelu pozostaje silna.

Dla miast i regionów inną strategią jest przygotowanie się na długo przed przyjazdem fabryki. Uruchomienie ukierunkowanych programów kształcenia technicznego - zgodnych z profilami poszukiwanymi przez chińskie firmy - tworzy wiarygodną lokalną bazę kadr. Gdy spółka szuka techników baterii litowych albo inżynierów robotyki i znajduje już przeszkolonych kandydatów dwa kilometry od zakładu, uzasadnienie sprowadzania całych zespołów staje się mniej przekonujące. Różnicę często robią właśnie te bardzo konkretne detale.

Wiadomo, że strach łatwo przechodzi w odrzucenie. W niektórych miejscach widok setek zagranicznych pracowników zakwaterowanych zbiorowo, poza lokalną tkanką społeczną, uruchamia stare napięcia. Europejski menedżer przemysłowy współpracujący z chińską grupą podsumowuje to tak:

„Jeśli pozwolimy utrwalić się przekonaniu, że to są chińskie fabryki z chińskimi miejscami pracy na europejskiej ziemi, to gdy wiatr polityczny się odwróci, wszyscy przegrają. Inwestorzy i mieszkańcy.”

Najczęstsze błędy są niemal zawsze takie same:

  • Podpisywanie w pośpiechu, by szybko ogłosić miejsca pracy, bez wymagania szczegółów o podziale stanowisk.
  • Pozwalanie ekspatom żyć osobno, jak w bańce, bez mostów do lokalnej społeczności.
  • Mówienie o „zatrudnieniu” jako całości, bez wskazywania, kto zajmuje jakie role i na jak długo.

Bardziej uczciwy ton - wyjaśniający od początku, że część funkcji pozostanie chińska, ale inne będą stopniowo przekazywane Europejczykom - często uspokaja debatę. Wielu obywateli nie oczekuje bajki. Chcą po prostu wiedzieć, na co się piszą i w jakim horyzoncie ich region realnie skorzysta z nowych kompetencji.

Nowa mapa przemysłu i nowy kontrakt społeczny do wymyślenia

W tej historii nikt tak naprawdę nie gra roli „czarnego charakteru”. Chińskie firmy robią to, co zawsze robiły korporacje międzynarodowe: chronią interesy, zabezpieczają procedury, eksportują model, który sprawdził się u nich. Rządy europejskie z kolei desperacko próbują odbudować bazę przemysłową po dekadach delokalizacji. Pomiędzy nimi mieszkańcy patrzą na pracujące w oddali żurawie i zastanawiają się, jaka część tego odrodzenia naprawdę przypadnie im.

To pytanie wykracza daleko poza Chiny. Dotyka tego, jak myślimy o globalizacji 2.0. Czy możemy zaakceptować, że na naszym terytorium wyrastają fabryki, w których wysokokwalifikowane miejsca pracy są zarezerwowane dla zespołów przywiezionych z daleka, podczas gdy miejscowi dostają najbardziej niepewne stanowiska? A może trzeba stworzyć nowy kontrakt, w którym każda zagraniczna inwestycja wiąże się z realnym transferem kompetencji - mierzonym, monitorowanym i publicznie dyskutowanym?

Odpowiedź nie leży ani w brutalnym odrzuceniu chińskiego kapitału, ani w naiwnym przyjęciu dowolnego układu. Jest w bardziej wymagającej strefie: stawiania twardych warunków, budowania dopasowanych szkoleń, pilnowania obietnic składanych regionom. Także w gotowości do słuchania obaw - nawet gdy psują ładne zdjęcie z inauguracji.

Produkcja w Europie z chińskim kapitałem może być ogromną szansą, jeśli Europejczycy nie zostaną za szybą, patrząc, jak pracują roboty. Dzielenie się tą stawką - rozmowa o niej przy stole, na zebraniu zespołu, na posiedzeniu rady gminy - to już odzyskiwanie części kontroli. Przemysłowa mapa kontynentu przerysowuje się na naszych oczach. Pozostaje zdecydować, kto jutro naprawdę będzie trzymał rękę naciskającą przycisk „start”.

Kluczowy punkt Szczegół Korzyść dla czytelnika
Chińskie fabryki w Europie Inwestycje na dużą skalę w baterie, auta i elektronikę w krajach UE Zrozumienie, co naprawdę zmienia się w lokalnych gospodarkach
Miejsca pracy nie trafiają do lokalnych Wiele ról kwalifikowanych i nadzorczych obsadza personel z Chin Dlaczego obietnica „tworzenia miejsc pracy” może wydawać się niepełna
Negocjacje i szkolenia Klauzule lokalne, kwoty i programy kompetencji mogą zrównoważyć układ Jakie dźwignie mogą naciskać obywatele i decydenci

FAQ:

  • Czy chińskie firmy naprawdę przywożą własnych pracowników do Europy? Tak, zwłaszcza na stanowiska techniczne, inżynieryjne i menedżerskie. Nie dotyczy to wszystkich ról, ale w niektórych dużych fabrykach jest to istotna część zatrudnienia.
  • Czy to jest legalne w świetle europejskich przepisów? Zwykle tak - poprzez wizy, transfery wewnątrzfirmowe oraz system delegowania pracowników. Problem prawny jest mniej jednoznaczny niż społeczny i polityczny.
  • Czy lokalni pracownicy w ogóle korzystają z tych inwestycji? Tak - szczególnie na podstawowych stanowiskach produkcyjnych i w usługach lokalnych. Wyzwanie polega na dostępie do pracy o wyższych kwalifikacjach i długoterminowych ścieżek kariery.
  • Czy rządy europejskie mogą wymagać większego udziału zatrudnienia lokalnego? Tak. Poprzez warunki dotacji, umowy gruntowe i wsparcie infrastrukturalne mogą negocjować cele zatrudnienia lokalnego oraz zobowiązania szkoleniowe.
  • Czy odmowa chińskich inwestycji to realistyczna opcja? W większości przypadków nie. Prawdziwe pytanie brzmi nie „tak czy nie”, lecz „jak” - na jakich warunkach te inwestycje się odbywają i kto faktycznie na nich wygrywa.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz